Nie idę na studia

Nie jest to bunt wobec świata. Nie jest to też gorzka prawda, że miałam za mało punktów żeby się dostać. Ot, po prostu nie otworzyli kierunku ze względu na zbyt małą liczbę chętnych. To już wiadomo ostatecznie, nie ma trzeciego naboru ani nic takiego. Niby drzwi nie do końca zamknięte, bo gdzieniegdzie jeszcze trwa rekrutacja, może gdzieś udałoby się złapać. Ale studia dla studiów mnie nie interesują. Pewnie, lepiej mieć tytuł niż nie mieć. Bo co jeśli będę chciała pracować w miejscu X a tam powiedzą mi „wszystko pięknie, ale wykształcenie…”. Oh, tak, wiem, uczelnie produkują magistrów na potęgę i często wiedza wcale nie idzie w parze z umiejętnościami etc. Wiem a i tak szkoda. Może by nie pomogło ale raczej nie zaszkodziło. No nic. Dziś miałam ostateczne zerwanie ze statusem studenta – w pudłach w garażu zalegały tony notatek i kserówek, które wreszcie bezlitośnie wrzuciłam do czarnego wora. Wcześniej niby mi się nie chciało, nie miałam czasu żeby to zrobić… Ale chyba po prostu miałam nadzieję że jeszcze się przydadzą. Nie ma, koniec. I wiesz co? Jakoś tak lżej.

Przez ostatni czas zastanawiałam się, co tak naprawdę chcę robić w życiu. Odpowiedź była prosta – pracować w bibliotece. Teraz już nie jestem taka pewna, wręcz przeciwnie.

Po pierwsze, mam jedno dziecko i planuję kolejne. Opiekę dałoby się załatwić ale… Ale wtedy już nie byłabym obecna tak na 100% w procesie wychowawczym. A czuję że jest to dla mnie cholernie ważne. Od początku móc troszczyć się, wspierać i kształtować małego człowieka. Wiedzieć że zasługi oddane w związku z tym społeczeństwu są moje (plus ojca rzecz jasna), ale że błędy też moje.

Nie zamierzam oczywiście cofnąć się do XIX w. Chcę moim siedzeniem w domu też przynieść jakiś dochód. Obsługuję sklep internetowy, na razie raczkujący ale mam nadzieję go rozwinąć. Robię biżuterię, na razie w prezencie znajomym. Może kiedyś ktoś kupi. Poprawienie finansów rodziny to jedno, ale ważne jest dla mnie coś innego – że potrafię coś zrobić. Dojść do czegoś sama. A w razie nieszczęścia – że potrafię udźwignąć cały ten majdan, bez pomocy opieki społecznej.

Po trzecie, kiedyś praca na etacie wydawała się świetna – osiem godzin, wykonujesz polecenia szefa (kierownicze stanowisko mi się nie marzy, totalnie nie mam uzdolnień), i pracujesz tak efektywnie jak tylko się da. Dopóki coraz to kolejni znajomi nie zaczynali opowieści o swojej pracy, szefach, współpracownikach. I rada koleżanki – skoro masz okazję robić coś swojego, rób to. Zawsze bałam się odpowiedzialności za własny biznes, ale chyba dojrzewa we mnie jakaś siła. Oby tak dalej.

Jednym słowem, zamierzam zostać sielską bizneswoman. Życie, pozwól.

Prokrastynatem być

Dziś o sobie. I o dziwnej chorobie na którą choruje pół internetu, jak się zdaje. Prokrastynacja, popularne ostatnio słowo. Jeszcze kilka lat temu patrzyłabym z politowaniem na te wszystkie wpisy zawierające pomysły na walkę z nią. Co tu się rozczulać, motywować, robisz i już. Albo nie robisz bo masz lenia i tyle. Ale nie przejmuj się, jak przyjdzie deadline w sekundę staniesz się mróweczką. A tu ot, nie tak prosto.

Nikt nie badał mnie pod tym kątem, ale objawy mam lub miałam książkowe. Robienie setek list i planów. Sprzątanie pustyni. Czytanie wszystkich wpisów na facebooku. Absolutna pewność że w tym właśnie momencie nie mogę zacząć pisać pracy magisterskiej bo muszę wypożyczyć jeszcze trzy książki – jest piątek wieczorem, biblioteka czynna od poniedziałku od 10.00. Konieczność położenia się spać o 20 – przecież muszę wypocząć, żeby jutro móc skończyć pisać stronę którą zaczęłam miesiąc temu! I lęk. CHOLERNY LĘK. Przed każdym obowiązkiem, zadaniem, najmniejszą powinnością. I nagle nabyta umiejętność tworzenia skomplikowanych, ale jakże spójnych historii tłumaczących dlaczego nie wykonałam zadania x czy y. W wyobraźni widzę siebie osiągającą cele i spełniającą marzenia. Efekt finalny jest dopracowany w każdym szczególe. Ale droga do niego – ledwo zaczęta. Co nie przeszkadza marzeniu rozrastać się i udoskonalać. Więcej czasu spędzam na zastanawianiu się jakie buty założę na obronę pracy za półtora roku niż na pisaniu jej samej.

Blokada umysłowa. Niemożność napisania linijki – każda myśl zła! Aż w końcu jakakolwiek przestaje przychodzić. Siedzisz i wyjesz w ekran. A chwiami blisko Ci do katatonii, bo siedzisz kiwając się na krześle powtarzając jedno słowo, żeby tylko nie dopuścić do siebie innych myśli, w szczególności o tym co masz wykonać.

Pociągnęło to za sobą wiele konsekwencji i doprowadziło do miejsca w którym jestem teraz. Zaliczyłam przez ten czas jedną wizytę u psychologa. Myślę że powinnam odbyć więcej – ale jak to w prokrastynacji – jakoś się to odłożyło na później. Nie jest do końca dobrze, ale na pewno lepiej niż kiedyś. Pracuję nad sobą. Nadal bardziej widzę cel niż drogę i odkładam różne rzeczy na później. Staram się za to już nie tworzyć historii bo to bardzo ułatwia sprawę w nie-życiu. Jeśli ktoś widzi u siebie te objawy – leczcie się. Naprawdę. Bo schrzanicie życie sobie i innym. Tak, innym też. Bo zawalisz wspólny projekt na studiach czy w pracy, stracisz zaufanie partnera i rodziny. I szacunek do samego siebie. I będziesz się bać każdego następnego kroku. Nie jest fajnie.