Wyrzut

Mówiłam że zaczynam ogarniać życie? Mówiłam.

Tylko mówiłam, jak widać.

Ok, przynajmniej już nad tym nie szlocham.

Tyyyyle planów. Będę zorganizowana i poważna i uczesana i przezorna. Będę produkować biżuterię którą każdy będzie chciał mieć, będę pisać bloga, będę rozwijać się czytelniczo, będę się zdrowo odżywiać, będę dobrą matką żoną i kochanką. Biżuterii może na razie nie chce każdy ale znaleźli się i tacy którym się podoba. O bloga niemal dbam. Nawet trochę czytam. Przynajmniej odżywiam się zdrowo – oł je, tak, zrobiłam to – zgłosiłam się do poradni dietetycznej i moje odżywianie stanęło na głowie, jem smacznie, lekko, syto i ładnie – koniec z bylejakością! Do tego w dwa tygodnie straciłam 3 kg – ok, wiem, można więcej szybciej ale nie jestem przekonana do takich rozwiązań. Wahającym się bardzo bardzo polecam kontakt z Agatą – dietetyczne-fanaberie.pl

Tak się chciałam wygadać. Pożalić i pochwalić. Może kiedyś w końcu pokażę moje sznurki – prace zmierzają ku końcowi. Dlaczego ludzie potrafią tak się zaprogramować że mają czas na wszystko a ja nie?

Reklamy

Nie idę na studia

Nie jest to bunt wobec świata. Nie jest to też gorzka prawda, że miałam za mało punktów żeby się dostać. Ot, po prostu nie otworzyli kierunku ze względu na zbyt małą liczbę chętnych. To już wiadomo ostatecznie, nie ma trzeciego naboru ani nic takiego. Niby drzwi nie do końca zamknięte, bo gdzieniegdzie jeszcze trwa rekrutacja, może gdzieś udałoby się złapać. Ale studia dla studiów mnie nie interesują. Pewnie, lepiej mieć tytuł niż nie mieć. Bo co jeśli będę chciała pracować w miejscu X a tam powiedzą mi „wszystko pięknie, ale wykształcenie…”. Oh, tak, wiem, uczelnie produkują magistrów na potęgę i często wiedza wcale nie idzie w parze z umiejętnościami etc. Wiem a i tak szkoda. Może by nie pomogło ale raczej nie zaszkodziło. No nic. Dziś miałam ostateczne zerwanie ze statusem studenta – w pudłach w garażu zalegały tony notatek i kserówek, które wreszcie bezlitośnie wrzuciłam do czarnego wora. Wcześniej niby mi się nie chciało, nie miałam czasu żeby to zrobić… Ale chyba po prostu miałam nadzieję że jeszcze się przydadzą. Nie ma, koniec. I wiesz co? Jakoś tak lżej.

Przez ostatni czas zastanawiałam się, co tak naprawdę chcę robić w życiu. Odpowiedź była prosta – pracować w bibliotece. Teraz już nie jestem taka pewna, wręcz przeciwnie.

Po pierwsze, mam jedno dziecko i planuję kolejne. Opiekę dałoby się załatwić ale… Ale wtedy już nie byłabym obecna tak na 100% w procesie wychowawczym. A czuję że jest to dla mnie cholernie ważne. Od początku móc troszczyć się, wspierać i kształtować małego człowieka. Wiedzieć że zasługi oddane w związku z tym społeczeństwu są moje (plus ojca rzecz jasna), ale że błędy też moje.

Nie zamierzam oczywiście cofnąć się do XIX w. Chcę moim siedzeniem w domu też przynieść jakiś dochód. Obsługuję sklep internetowy, na razie raczkujący ale mam nadzieję go rozwinąć. Robię biżuterię, na razie w prezencie znajomym. Może kiedyś ktoś kupi. Poprawienie finansów rodziny to jedno, ale ważne jest dla mnie coś innego – że potrafię coś zrobić. Dojść do czegoś sama. A w razie nieszczęścia – że potrafię udźwignąć cały ten majdan, bez pomocy opieki społecznej.

Po trzecie, kiedyś praca na etacie wydawała się świetna – osiem godzin, wykonujesz polecenia szefa (kierownicze stanowisko mi się nie marzy, totalnie nie mam uzdolnień), i pracujesz tak efektywnie jak tylko się da. Dopóki coraz to kolejni znajomi nie zaczynali opowieści o swojej pracy, szefach, współpracownikach. I rada koleżanki – skoro masz okazję robić coś swojego, rób to. Zawsze bałam się odpowiedzialności za własny biznes, ale chyba dojrzewa we mnie jakaś siła. Oby tak dalej.

Jednym słowem, zamierzam zostać sielską bizneswoman. Życie, pozwól.

Prokrastynatem być

Dziś o sobie. I o dziwnej chorobie na którą choruje pół internetu, jak się zdaje. Prokrastynacja, popularne ostatnio słowo. Jeszcze kilka lat temu patrzyłabym z politowaniem na te wszystkie wpisy zawierające pomysły na walkę z nią. Co tu się rozczulać, motywować, robisz i już. Albo nie robisz bo masz lenia i tyle. Ale nie przejmuj się, jak przyjdzie deadline w sekundę staniesz się mróweczką. A tu ot, nie tak prosto.

Nikt nie badał mnie pod tym kątem, ale objawy mam lub miałam książkowe. Robienie setek list i planów. Sprzątanie pustyni. Czytanie wszystkich wpisów na facebooku. Absolutna pewność że w tym właśnie momencie nie mogę zacząć pisać pracy magisterskiej bo muszę wypożyczyć jeszcze trzy książki – jest piątek wieczorem, biblioteka czynna od poniedziałku od 10.00. Konieczność położenia się spać o 20 – przecież muszę wypocząć, żeby jutro móc skończyć pisać stronę którą zaczęłam miesiąc temu! I lęk. CHOLERNY LĘK. Przed każdym obowiązkiem, zadaniem, najmniejszą powinnością. I nagle nabyta umiejętność tworzenia skomplikowanych, ale jakże spójnych historii tłumaczących dlaczego nie wykonałam zadania x czy y. W wyobraźni widzę siebie osiągającą cele i spełniającą marzenia. Efekt finalny jest dopracowany w każdym szczególe. Ale droga do niego – ledwo zaczęta. Co nie przeszkadza marzeniu rozrastać się i udoskonalać. Więcej czasu spędzam na zastanawianiu się jakie buty założę na obronę pracy za półtora roku niż na pisaniu jej samej.

Blokada umysłowa. Niemożność napisania linijki – każda myśl zła! Aż w końcu jakakolwiek przestaje przychodzić. Siedzisz i wyjesz w ekran. A chwiami blisko Ci do katatonii, bo siedzisz kiwając się na krześle powtarzając jedno słowo, żeby tylko nie dopuścić do siebie innych myśli, w szczególności o tym co masz wykonać.

Pociągnęło to za sobą wiele konsekwencji i doprowadziło do miejsca w którym jestem teraz. Zaliczyłam przez ten czas jedną wizytę u psychologa. Myślę że powinnam odbyć więcej – ale jak to w prokrastynacji – jakoś się to odłożyło na później. Nie jest do końca dobrze, ale na pewno lepiej niż kiedyś. Pracuję nad sobą. Nadal bardziej widzę cel niż drogę i odkładam różne rzeczy na później. Staram się za to już nie tworzyć historii bo to bardzo ułatwia sprawę w nie-życiu. Jeśli ktoś widzi u siebie te objawy – leczcie się. Naprawdę. Bo schrzanicie życie sobie i innym. Tak, innym też. Bo zawalisz wspólny projekt na studiach czy w pracy, stracisz zaufanie partnera i rodziny. I szacunek do samego siebie. I będziesz się bać każdego następnego kroku. Nie jest fajnie.

Znowu w życiu mi nie wyszło.

Mam marzenie.

Wow, więc tak to jest czuć się jak Martin Luther King.

Dobra, nie ta skala.

Więc mam marzenie aby pracować w bibliotece. Po maturze żeby zrealizować ten cel poszłam na studia bibliotekoznawcze które porzuciłam na piątym roku. Byłam w ciąży i organizm mi szalał, nie byłam w stanie zająć się nauką. Pomyślałam – trudno, dokończę później. Właśnie teraz przyszło owe „później”. Po tygodniach bicia się z samą sobą, bo jak się okazało, decyzja o powrocie na studia nie jest taka prosta – jednak to zrobiłam. Kliknęłam „zapisz się” i czekałam kiedy znowu będę mogła nosić w portfelu dodatkowy zielony prostokącik. Nie przewidziałam jednego.

Że nie otworzą kierunku.

Badum tsssss.

Dziś zakończyła się rekrutacja i zadzwonił bardzo miły pan z wiadomością że kierunek nie zostanie utworzony z powodu zbyt małej ilości kandydatów. Ale że zrobią drugi nabór. Może na świecie znajdzie się jeszcze dodatkowe 15 osób które JEDNAK zapragną studiować zaocznie bibliotekoznawstwo. Ile się zapisało? 5.

Czyli wszystkie do połowy nieprzespane noce na darmo. Bo z jednej strony chciałam wrócić na studia, żeby je po prostu dokończyć, z drugiej – żeby mieć porządne kwalifikacje do pracy w zawodzie, potwierdzone dyplomem wyższej uczelni. A teraz?

A teraz nie wiem czego chcę.

Bo tak naprawdę wcale nie lubię studiowania.

Ciąg dalszy nastąpi. Dziś tak tylko chciałam, pożalić się.

Dlaczego Mentalny Paw?

Kiedy wymyśliłam tytuł swojego bloga, byłam z siebie dumna – oddawał dokładnie to, co myślałam i czułam. Po czym przyszła druga myśl – a co jeśli ktoś pomyśli że po prostu ciągle puszczam mentalnego, emocjonalnego, wewnętrznego pawia? Że rzeczywistość jest dla mnie tak odrażająca że moje myśli toną w treści żołądkowej?

Jeśli ktoś tak pomyślał, trudno. Nie o to chodzi.

Chodzi o to że przez ostatnie kilkanaście miesięcy jestem kurą domową. Sprzątam, gotuję, prasuję, a nade wszystko opiekuję się aktualnie rocznym dzieckiem. Mało wychodzę – na wsi gdzie mieszkam nie bardzo jest gdzie, wycieczek do sklepu nie liczę. Automatycznie więc spadło zapotrzebowanie na nowe kolory szminek i lakierów do paznokci bo nie mam po co ich używać, a malować się w domu nie chcę, szkoda cery. Tak, klasyczna kura domowa.

Ale nie w mózgu. Mózg ciągle przyswaja śledzone przeze mnie nowinki ze świata mody, designu, urządzania wnętrz itp. Staram się być na bieżąco z muzyką i filmem, wiedzieć chociaż co jest grane i przez kogo – choć jeśli chodzi o muzykę najbardziej lubię ostatnie dekady ubiegłego wieku. Ciągle snuję plany przyjęć które będę wydawać w moim nowym domu i śnię o byciu na imprezach jak u Gatsby’ego. Tak, zewnętrznie jestem kurą. Ale w środku jestem pawiem. Z imponującym ogonem, dumnym i skrzekliwym. Żądnym poklasku i zainteresowania. Może tylko mentalnym. Ale straram się jak najczęściej wypuszczać go na zewnątrz. Na razie mało mnie widać z racji siedzenia w kurniku. Ale kiedy już zrealizuję wszystkie swoje plany… Jeśli będzie tak jak to sobie wyobrażam, to zobaczysz – swoim ogonem zasłonię wiele.

To ten. Idę pozmywać.

Teraz.

Cześć, jestem S. Strasznie się denerwuję pisząc te słowa. Czuję się jakbym rozmawiała z kimś osobiście, jakbym przedstawiała się komuś dla mnie ważnemu. Nie znam Cię, pewnie nigdy Cię nie zobaczę ale jest dla mnie cholernie ważne żeby dobrze przed Tobą wypaść. Może przez kompleksy a może przez próżność – nikt nie lubi być źle oceniony, nie? Na razie postaram się o tym zapomnieć i po prostu popłynąć.

Mam 25 lat, męża i dziecko. Nie mam pracy i nie dokończyłam studiów. Buduję dom. Marzę i śnię o pracy w bibliotece – zresztą moim niedokńczonym kierunkiem jest bibliotekoznawstwo. Mam nadzieję że kiedyś uda się zrealizować pierwsze i dokończyć drugie. Mój mąż, K., oprócz pracy prowadzi pasiekę w czym czasem mu pomagam, obsługuję też sprzedaż naszego miodu przez internet. Niedawno odkryłam biżuterię sutasz i wpadłam – szyję dzień i noc, kiedy tylko mam czas, a mam go mało. Lub inaczej – kiepsko go organizuję. Cholernie kiepsko. Uwielbiam czytać blogi i po lekturze co najmniej kilkudziesięciu tekstów na ten temat stwierdzam z pewnością że jestem ciężkim przypadkiem modnej ostatnio prokrastynacji. No wszystkie książkowe objawy. Nie lubię pewnej swojej cechy – ludzie mnie nie słuchają. Pogodziłam się z tym, ale i tak tego nie lubię. Wiesz, są ludzie którzy mają naturalnie rozwiniętą charyzmę (lub dobrze wypracowaną) i swobodnie stają się centrum grupy. Kiedy ja się odzywam – ludzie w sposób bezproblemowy mi przerywają. Widzę że nie robią tego złośliwie, po prostu jakoś łatwo mnie zagadać, mimo że jestem wewnętrznie silną osobowością. Taki paradoks. Jest to jeden z powodów dla którego w ogóle się do Ciebie odzywam. Mogę wygadać się do woli, ciągiem jednostajnym. Jasne, nie musisz kończyć czytać. Ale ja przynajmniej skończę pisać.

Tym pół-CV, pół-wynurzeniem na kozetce psychologa kończę. Od następnego razu będę tu rozwijać to o czym pisałam powyżej, będę przelewać zduszone emocje, dzielić się tym co lubię i co mnie boli, tym co znajdę ciekawego w sieci i tym co pomimo prokrastynacji udaje mi się zrobić.

Do zobaczenia.